Łokuciewski i Zumbach w czasie tańca robią między sobą tak zwanego „odbijanego” i wymieniają się kobietami.

— Odbijannyyy!

Oficer angielski chce to powtórzyć, naśladując zachowanie Polaków. Jest pijany i co za tym idzie bezczelny w stosunku do jednej z par. Łapie tańczącą kobietę za rękę i woła, jakby chciał przekrzyczeć muzykę.

— Odbijannyyy!

Podporucznik Jan Daszewski odtrąca aroganckiego osobnika, tłumacząc mu, aby się opanował.

— Uspokój się, nie widzisz, że to dama!

— Odbijannnyyy!

— Jesteś pijany!

— Odbijannnyyy!

Arogancki osobnik nie daje za wygraną. Dalej jest nachalny w stosunku do partnerki Daszewskiego. Ten w końcu nie wytrzymuje nerwowo i odpowiada na jego chamskie zachowanie.

— Skoro prosisz, to proszę bardzo, odbijany.

— Odtrąca mężczyznę i wygląda, że zrobił to lekko, ale angielski oficer traci równowagę, zataczając się do tyłu aż pod ścianę. — No i co, przyjemnie?!

Intruz rozdrażnia się jeszcze bardziej i postanawia przejść do rękoczynów. Staje butnie w szerokim rozkroku, podciąga rękawy, zaciska dłonie jakby miał zamiar stoczyć walkę bokserską na gołe pieści.

— Odbijannnyyy!

Podporucznik Daszewski ignoruje go i odwraca się, ale kątem oka na wszelki wypadek obserwuje, co robi agresywny mężczyzna.

— Przepraszam panią za tego pijanego chama!

— Odbijannnyyy!

— To nie pan powinien przepraszać, jestem Ann.

— Po naszemu Anna, a ja mam na imię Jan.

— Czyli John.

— Odbijannnyyy!

Oficer angielski rusza z impetem na Długiego. Zaatakowany uchyla się i uderza napastnika w brzuch. Mężczyzna kuli się z bolesnym jękiem. Daszewski chce poprawić z tak zwanego „haka”, ale ktoś łapie jego zaciśniętą dłoń. Urbanowicz, który nie wiadomo skąd się znalazł w tym miejscu, powstrzymuje podwładnego w ostatniej chwili. Nakazuje gestem, aby nie przeszkadzał wokalistce, która przerwała śpiew i obserwuje ich z obawą. Jest zaskoczona zamieszaniem na parkiecie. Podporucznik Daszewski odpuszcza, widząc surową minę przełożonego. Wykręca chamskiemu napastnikowi rękę do tyłu i wyprowadza z sali balowej. Pijany oficer jęczy boleśnie. Przyklęka obok baru, trzymając się za brzuch. Siła uderzenia musiała być duża. Powoli prostuje się, ale widać, że nadal go boli.

Zgromadzeni na parkiecie odchodzą od widowiska i wszyscy wracają na środek parkietu, jakby nic się nie stało. Wokalistka uśmiecha się porozumiewawczo do Urbanowicza, a ten uprzejmym gestem zaprasza ją, aby kontynuowała swój nastrojowy utwór.

Wiem, wiem, no wiem!

Miałam uważać, ale i tak zostanę w dłoniach zaklęta,

jak ptak schwytany między bólu cierniami,

już się trzepoczę w niewoli zamknięta

i coś umiera, to coś między nami.

A pytałeś wtedy tak. A jak? No jak? Ach tak.

Powiedz mi wreszcie, czego chcesz?

No przecież wiesz, przecież wiesz, wiesz,

i czy chcesz tego czy nie, nie jestem aniołem,

jeszcze nie, jeszcze długo nie……

Przy barze pułkownik Vincent z majorem Kellettem obserwują skulonego z bólu osobnika, są zaskoczeni zaistniałą awanturą. Kapitan Urbanowicz, który właśnie odbiera zamówione drinki dla siebie i Emelly, widząc ich zdziwione miny, tłumaczy:

-- Przepraszam panów w imieniu podporucznika Jana Daszewskiego, tego chudego i wysokiego, wygląda tak niepozornie, ale potrafi przywalić tak, że można z butów wypaść…

— Tak, to możliwe?! Chciałbym to zobaczyć — zaciekawia się Kellett.

— To barbarzyństwo — orzeka wzburzony Vincent, ma zniesmaczoną minę — Coś podobnego, takie rzeczy w miejscu publicznym?

— Przepraszam za ten incydent, niektórzy z nas słabiej znają język angielski i czasem muszą sobie pomagać rękami, aby ktoś ich dobrze zrozumiał…

Urbanowicz oddala się z drinkami, idzie w kierunku czekającej na niego Emelly, która macha z daleka, aby się pośpieszył i przyszedł wreszcie do stolika.

— To był żart typowo angielski — zastanawia się na głos Vincent. — A myślałem, że Polacy nie znają tego typu humoru.

— No tak, ich żarty są mniej subtelne i nieco bardziej wulgarne niż nasze angielskie — stwierdza Kellett z dumą, wzruszając ramionami.

— Ten oficer szybko się asymiluje.

— Na to wygląda, na to wygląda, a nawet słyszałem, że ma nowe przezwisko.

— Jakie?!

— Nazywają go Anglik.

— I to ma być przezwisko?

— No właśnie, sam pan widzi jak trudno tych Polaków zrozumieć.

— Coś podobnego… 

Nie znaleziono produktów spełniających podane kryteria.

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl