ROZDZIAŁ I 

TRUDNE POCZĄTKI NA WYSPIE OSTATNIEJ NADZIEI

Warszawa, Mokotów 1947 rok, więzienie na Rakowieckiej, pierwsze pytania

 

Cela to obskurne pomieszczenie z małym oknem, które umieszczone niemal u sufitu wpuszcza do stęchłego wnętrza plaster światła pocięty cieniem kraty. Na ścianach rozkwitają liszaje wilgoci. Przypominają więdnące kwiaty w kolorze sepii. W suchych miejscach, gdzie ich wilgotne płatki i napęczniałe liście jeszcze nie dotarły, widać wydrapane napisy typu: nazwiska, daty, miejscowości, informacje do bliskich i rzędy wszechobecnych sześciu kresek przekreślonych siódmą, jest również parę krzyży. Na betonowej posadzce leży brudny materac bez koca. W rogu postawiono zardzewiałe wiadro na odchody. Przy drzwiach czeka na wypełnienie metalowy kubek i brudny talerz bez sztućców.

Zatrzymany ma na sobie wymięty garnitur — widocznie w nim spał. Nie ma krawata ani paska. Brązowe półbuty są bez sznurowadeł i nie błyszczą jak zwykle wypolerowaną skórą. Musiał oddać markowy zegarek i wraz z innymi osobistymi rzeczami został zdany podobno do depozytu. Siedzi na pryczy zapatrzony w ścianę. Czyta napisy, aby czymś zająć umysł i nie myśleć o czekającym go przesłuchaniu. Po aresztowaniu spisali jego zeznania. Poinformowano go, że dzisiaj rano będzie poddany bardziej szczegółowemu śledztwu i jeśli okaże się niewinny, zostanie wypuszczony. Mężczyzna podchodzi do ściany. Przez chwilę szuka wolnego miejsca i znajduje je przy nieudolnie narysowanym wizerunku Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Wydrapuje paznokciem litery Ur...

Z głębi korytarza zaczynają dobiegać coraz bardziej słyszalne kroki. Autor kolejnego napisu ma przeczucie, że idą po niego. Przez głowę przelatuje mu bezsensowna myśl, że może już tutaj nie wróci i nie zdąży dokończyć wiadomości dla bliskich. Jakby to, co wydrapuje w tynku, miało się odwarstwić od muru w formie listu, wylecieć przez zakratowane okno, przelecieć przez ocean i trafić pod dobry adres do Jadwigi.

Bezwiednie wspomina żonę, którą poznał jeszcze w czasach przedwojennych w Warszawie i los zrządził, że spotkał ją ponownie za oceanem, kiedy został skierowany do USA w charakterze attaché lotniczego przy polskiej ambasadzie, była córką polskiego dyplomaty. Czas wojny minął i myślał, że z tej podróży do ukochanej ojczyzny wróci cały i zdrowy. Przecież to jego oficjalna wizyta w Polsce Ludowej, jako przedstawiciela amerykańskich instytucji z New Yorku. Żona zawsze ciężko przeżywała rozłąki. Szczególnie utkwiło mu w pamięci pożegnanie, kiedy w roku 1943 wyjechał na ochotnika pomagać Chińczykom w walce z Japończykami. Na własną prośbę został skierowany do 14 Floty Lotniczej Stanów Zjednoczonych, gdzie walczył w szeregach amerykańskich pilotów, zwanych „Latające Tygrysy”. Na pytanie, dlaczego chce ją zostawić samą w odmiennym stanie, odpowiedział, że ma dług honorowy do spłacenia w stosunku do Meriana Caldwella Coopera, bo w roku 1920 wraz z Polakami walczył z Rosją, która chciała komunistyczną ideologią zarazić całą Europę. Owszem, znała to nazwisko, ale kojarzyła je jedynie ze znanym producentem filmowym w Hollywood, z twórcą hitu kinowego pt. „King Kong”. Uśmiecha się do siebie na wspomnienie zaskoczenia, jakie odbiło się na twarzy żony, kiedy wyjaśnił, że to ten sam człowiek i co ciekawe, w czasie kręcenia tego filmu, jako pilot zasiadł za sterami jednego z samolotów i atakował ogromnego goryla, wspinającego się na wieżowiec Empire State Building.

Metaliczny zgrzyt przywraca go do rzeczywistości. Otworzono okienko w drzwiach celi na wysokości bioder. Niestety o tej porze nie wydają posiłków i obowiązują surowe zasady. Zdążył je sobie przyswoić w sposób namacalny i bolesny. Bezwiednie masuje się po siniakach na plecach.

— Więzień numer sto dwudziesty trzeci!— Łapy!

Zatrzymany podchodzi do kwadratowego otworu, z którego sączy się trupio białe światło. Wkłada ręce w okienko i czeka aż zostanie zakuty w kajdanki. Drzwi otwierają się z bolesnym zgrzytem zardzewiałych zawiasów i z cienia wyłania się strażnik. Ma na sobie mundur w stopniu kaprala. To potężnie zbudowany mężczyzna o ospowatej, czerwonej twarzy. Więzień wychodzi z celi i zostaje popchnięty w głąb przejścia oświetlanego brudną żarówką, z której sączy się żółte światło drżące jak w gorączce. Przemieszcza się wzdłuż ociekających wilgocią murów i nie może wyzbyć się wrażenia, że korytarz cierpi na łuszczycę tynku, jakby wnętrzności ubeckiego więzienia dręczyła jakąś przewlekła choroba zżerającą ściany aż do krwawych ceglanych ran.

Mijają kolejne cele. Zamknięci w nich więźniowie zapewne teraz wzdychają z ulgą, że tym razem to nie oni będą przesłuchiwani. Czeka ich parę godzin spokoju, bez tej walki z samym sobą, aby przyznać się do wszystkiego, czego sobie zażyczą bezwzględni oprawcy, i zakończyć ten koszmar wypełniony fizycznym i psychicznym bólem, który wydaje się nie mieć końca. Skręcają w prawo i wchodzą po schodach. Na piętrze zostaje po raz kolejny pchnięty w kierunku jedne-go z zamkniętych pomieszczeń. Strażnik poprawia mundur i puka, nasłuchując.

— Wlaz!

Wchodzą do jasnego wnętrza. Żołnierz zamyka za sobą drzwi i stając na baczność, oddaje honor oficerowi Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.

— Towarzyszu kapitanie, przyprowadziłem więźnia numer sto dwudziesty trzeci! — Kapralu, jak będziecie potrzebni to was zawołam, jasne?

— Jasne, oczywiście, że jasne — przytakuje strażnik, jednocześnie odwraca się na pięcie i odchodzi w kierunku pomieszczenia obok.

Przez niedomknięte drzwi widać jak rozpina i ściąga górę od munduru. Wiesza ją na krześle. Przymyka drzwi plecami, zostawiając sobie lukę wielkości pięści. Ma przecież złożyć nieoficjalny raport z przebiegu przesłuchania, jak zwykle zresztą.

Oficer śledczy to mężczyzna około trzydziestoletni, średniego wzrostu i krępej postury. Brunet ostrzyżony na jeża z charakterystycznym wąskim, garbatym nosem. Zaciera mocne, żylaste dłonie, mruży bystre, ciemne oczy wciśnięte w kwadratową twarz i zapala papierosa. Z zainteresowaniem obserwuje więźnia, który wytrzymuje jego wzrok i dumnie podnosi głowę.

— No proszę, kogo my tu mamy? Pułkownik Witold Urbanowicz, podobno as myśliwski i bohater bitwy o Anglię, aż dziw, że nie słyszałem...

Więzień podchodzi krok bliżej i zwraca się do śledczego uprzejmym głosem:

— Skoro jestem panu nieznany, to chciałbym wiedzieć, co tu robię i o co jestem oskarżony. Byłem już przez wasze służby zatrzymany, kiedy w Hotelu Europejskim powiedziałem oficerom Ludowego Wojska Polskiego, co o nich myślę, a myślę, że prawdziwi pułkownicy zostali po tamtej stronie, wiadomo, jakiej.

— Spokojnie, obywatelu, spokojnie, na razie jesteście tylko zatrzymani do wyjaśnienia, a co dalej z wami będzie, to się jeszcze obaczy, jak to mówią w praniu — chichocze ze swojego żartu, który tylko dla niego jest śmieszny. Ale nie, nie tylko.

Właśnie rozlega się rechot dochodzący z pomieszczenia obok i głuche odgłosy uderzeń w drewno, to kapral bawi się gumową pałą z prętem w środku.

Oficer śledczy oczywiście już zdążył się zapoznać z aktami sprawy i doskonale wie, z kim ma do czynienia. Teraz taksuje więźnia od stóp po głowę i zapewne zastanawia się, jak poprowadzić śledztwo.

Zatrzymany ma około czterdziestu lat. Wysoki, szczupły, lekko siwiejący blondyn z mocnymi zakolami, włosy zaczesane do góry. Oczy jasne i dumne, w których nie widać nawet cienia załamania z powodu sytuacji, w jakiej się znalazł. Twarz pociągła z lekko garbatym nosem nadającym jego twarzy szlachetności. I jeśli można człowieka porównać do jakiegoś zwierzęcia, to niewątpliwie przypomina drapieżnego ptaka, a ze względu na zdecydowane ruchy, bystrość oka i aurę szlachetności, która promieniuje z całej jego postury, najbardziej trafny wydaje się orzeł, ale orzeł wykuty ze stali, zahartowany w ogniu licznych walk powietrznych, bo nie można pominąć faktu, że był asem myśliwskim i bohaterem bitwy o Anglię, kiedy ważyła się na szali niepodległość tego wielkiego i dumnego narodu.

Witold Urbanowicz rozgląda się po pomieszczeniu. Na środku pokoju stoi biurko z lampką służącą do drażnienia oczu podczas przesłuchania. Z drugiej strony blatu postawiono telefon służbowy i kryształową popielniczkę, w której tli się papieros. Na środku czeka... o dziwo, całkiem spora teczka z aktami sprawy. W rogu pomieszczenia zalega duży sejf niczym szafa wykuta ze stali. Z drugiej strony zainstalowano piecyk typu koza i widać przez niedomknięte drzwiczki języki ognia obejmujące szczapy drewna. Na parapecie okratowanego okna umieszczono parę donic z kwiatami.

Oficer Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego wyciąga z akt kartkę. Przegląda ją z uwagą, paląc papierosa. Po chwili pokazuje Urbanowiczowi łaskawym gestem, aby usiadł. Zatrzymany, kiedy siada na taborecie, zauważa na siedlisku ślady świeżych obić i smugi krwi starte niechlujnie. Posłusznie czeka na jakieś pytanie.

— Widzę, że mój poprzednik skrupulatnie spisał zeznania. I co my tu mamy ciekawego?... Po klęsce wrześniowej wyprowadziłeś do Rumunii pięćdziesięciu podchorążych ze szkoły lotniczej w Dęblinie, aby odebrać rzekomo dostarczone przez zachodnich sojuszników samoloty. Jednak obiecanych maszyn tam nie było, a ponieważ nie chciałeś zrezygnować z walki, wróciłeś do Polski, gdzie trafiłeś do sowieckiej niewoli. Uciekłeś z niej i po trzech dniach dotarłeś z powrotem do swoich podchorążych. Następnie przez Bejrut dotarliście do Francji, a w końcu do Wielkiej Brytanii. Po przeszkoleniu na Hurricane’ach zostałeś skierowany do Sto Czterdziestego Piątego Dywizjonu Myśliwskiego RAF-u, w którym zestrzeliłeś Messerschmitta i zniszczyłeś bombowiec typu Junkers. Dwudziestego pierwszego sierpnia zostałeś przeniesiony do Warszawskiego Trzysta Trzeciego Dywizjonu Myśliwskiego imienia Tadeusza Kościuszki, który został powołany do istnienia z rozkazu inspektora generalnego Sił Powietrznych w dniu dwudziestego drugiego lipca czterdziestego roku. Drugiego sierpnia miejscem jego stacjonowania stała się baza Northolt w hrabstwie Middlesex na obrzeżach Londynu. I tak dalej, suche fakty...

Ubek zanurza się ponownie w akta. Przekłada kolejne kartki. Ogląda zdjęcia. Wyciąga jedną z fotografii i uśmiecha się do siebie.

— Ci Anglicy mają specyficzne poczucie humoru. Co to ma być?! — Odwraca zdjęcie i pokazuje.

Na fotografii widać paru żołnierzy, którzy jeżdżą na rowerach po krótko wystrzyżonej trawie. Mają na głowach hełmofony lotnicze i wyglądają na rozbawionych zaistniałą sytuacją. Urbanowicz tłumaczy:

— Komendant Bazy Northolt wymyślił tego typu trening, czyli tak zwane ćwiczenie na „rowerach fruwając”. Mieliśmy się uczyć angielskiej taktyki walki, podobno była najlepsza na świecie.

— Czy te treningi na ziemi były wam potrzebne? Przecież już mieliście doświadczenie zdobyte w czasie starć powietrznych z pilotami niemieckimi w Polsce i we Francji?

— Pułkownik Stanley Vincent na nasze protesty odpowiadał, a raczej chwalił się. — Urbanowicz naśladuje swojego byłego przełożonego: — Polacy mnie teraz nienawidzą bardziej niż Niemców... Wtedy jeszcze nie miał pojęcia, co to znaczy nienawiść do nazistów...Witold na to wspomnienie pochmurnieje na twarzy, widać, jak napinają się mięśnie jego szczęk i żyły w skroniach pulsują.

To oczywiście nie umyka uwadze oficera śledczego. Jest wyczulony na tego typu objawy wzrostu ciśnienia i grymasy mimiki zdradzające skrywane uczucia. Na obliczu ubeka również daje się zauważyć wzburzenie, coś w nim narasta pod wpływem myśli i uczuć, w końcu daje im upust:

— Tak, co ci Anglicy mogą wiedzieć o okupacji niemieckiej, której uniknęli, dzięki swoim sojusznikom i paktom z Rosją. Oni nie mieli do czynienia z bestialstwem esesmanów, nikt ich nie aresztował w środku nocy i nie zamykał w katowniach... Co oni mogą wiedzieć o przymusowych wywózkach na roboty do Trzeciej Rzeszy, o łapankach i rozstrzeliwaniu ludzi w ramach odwetu za działalność wywrotową i konspiracyjną, o mordowaniu całych rodzin za pomoc Żydom, o eksterminacji w gettach, w których dzieci umierały na ulicach z głodu, no i o niemieckich obozach koncentracyjnych, istnych fabrykach śmierci, gdzie nic nie mogło się zmarnować? Czy oni w ogóle wiedzą, że po ograbieniu z dobytku i zagazowaniu wykorzystywano ludzki tłuszcz do produkcji mydła, że włosami więźniów wypychano materace, a z ich popiołów robiono nawóz użyźniający ogródki warzywne? A może słyszeli o kolekcjonowaniu tatuaży i oprawianiu książek w ludzką skórę, że nie wspomnę o eksperymentach pseudomedycznych doktora Mengele na dzieciach i kobietach w ciąży. Co ci Anglicy mogą wiedzieć o okupacji niemieckiej? Czy ten wasz komendant bazy w ogóle stracił kogoś bliskiego?

— Nie wiem, ale pod koniec wojny był już innym człowiekiem i nie robił tak głupich uwag...

— Mierzi mnie ten zgniły kapitalistyczny zachód, oparty na kłamstwie leniwych burżujów wyzyskujących klasę robotniczą. A ciebie te napuszone Angole nie wkurwiają?

— Owszem, czasami mnie drażnili, ale nie mam ochoty na ich karanie za to, że urodzili się w wyższych sferach czy dobrze sytuowanych rodzinach.

— I tu się właśnie różnimy, bo to robactwo żerujące na żywej tkance ludu pracującego trzeba tępić, niszczyć, rozdeptywać...

Ubek nie może usiedzieć. Wstaje, gasząc papierosa. Stawia czajnik na piecyku. Wlewa do niego wodę z butelki stojącej na parapecie. Zatrzymuje się jakby sobie o czymś przypomniał i podlewa kwiaty — dokładnie, można by rzec, wręcz troskliwie.

Urbanowicz jest ciekawy wyrazu jego twarzy. Do tej pory był przeświadczony, że człowiek dbający o rośliny musi je lubić i jest w stanie tymi samymi uczuciami obdarzać ludzi. Może ma liczną rodzinę, rodziców, żonę, dzieci i jest kochającym i troskliwym synem, mężem, ojcem, kto wie...

Niestety ubek nie odwraca się do niego. Podchodzi do kuchenki i wsypuje herbatę do szklanki. Przesłuchiwany w tym czasie wraca do przerwanego wątku, woli odpowiadać niż czekać na kolejne pytanie:

— Te ćwiczenia były nam potrzebne, aby uczyć się angielskiej taktyki walki powietrznej i stać się integralną częścią Królewskich Sił Powietrznych. Naszym problemem było to, że słabo znaliśmy język naszych sojuszników.

— No to opowiadajcie, obywatelu, opowiadajcie. Mamy dużo czasu, chcę mieć ogólne pojęcie o tym, co się działo na zachodzie, bo zapewne wiecie o tym, że tu w konspiracji człowiek narażał się na aresztowanie każdego dnia, a wy tam podobno w Wielkiej Brytanii prowadziliście szampańskie życie, hulanki, swawole, jak to mówią: kobiety, wino, śpiew, chętnie posłucham jakiejś pikantnej historyjki...

Śledczy rozsiada się wygodnie na krześle, zakłada nogę na nogę. Czeka aż zagotuje się woda. Urbanowicz spogląda w okno i zaczyna opowiadać:

— Było wśród nas wielu pogromców niewieścich serc, to prawda, ale zacznijmy od początku. Polskich pilotów wozili codziennie do szkoły językowej, to było niedaleko naszej bazy w Uxbridge...

 

Anglia, pod koniec sierpnia 1940 roku, nauka języka angielskiego

W surowym pomieszczeniu klasy zgromadzili się młodzi ludzie, aby doskonalić się w języku angielskim. Siedzą przy stolikach niczym pilni uczniowie. Mają na sobie angielskie mundury z polskimi: guzikami, oznaczeniami stopni na wyłogach kołnierzy, gapą lotniczą po lewej stronie nad kieszenią i naszywkami z napisem „Poland” na ramionach. Na rękawach naszyte mają stopnie angielskie, w formie pasków dla oficerów i krokiewek dla podoficerów. Na ławkach leżą ich czapki i furażerki z orłami ze złotą koroną i husarskimi skrzydłami. Nauczycielka siada za biurkiem. Otwiera dziennik i wygląda na to, że za chwilę rozpoczną się zajęcia. Ma na sobie mundur Pomocniczej Lotniczej Służby Kobiet, podkreślający jej zgrabną sylwetkę. Poprawia okulary i chce przystąpić do sprawdzenia obecności, ale niespodziewanie rozlega się pukanie.

— Proszę!

Ktoś otwiera drzwi do klasy i wchodzą dwaj oficerowie. Pierwszy jest niższy i starszy stopniem. Wygląda na około czterdzieści lat. Ma szlachetną posturę. Ciemne włosy zaczesane do góry, lekko falujące. Podchodzi jeszcze bliżej i przedstawia się, przyjmując zasadniczą postawę:

— Dzień dobry pani, major Zdzisław Krasnodębski, przyprowadziłem nowo przybyłego oficera, aby, jeśli oczywiście pani pozwoli, pokazać mu, jakie postępy w nauce języka angielskiego robią nasi podwładni.

Podchodzi do nauczycielki drugi oficer. To Witold Urbanowicz, jest młodszy o parę lat, ma mniej kilogramów i jeszcze nie pojawiły się na jego skroniach siwe włosy. Zgromadzeni w klasie patrzą na niego z podziwem. Wiedzą, że już walczył w obronie Wielkiej Brytanii i ma na koncie dwa zaliczone zwycięstwa. Wzbudza ogromny szacunek, szczególnie wśród młodych podwładnych, gdyż, jako instruktor pilotażu szkolił większość tu obecnych przed wojną w Dęblińskiej Szkole Orląt. Mężczyzna oddaje honor i wskazując na Zdzisława, wtrąca:

— To nasz król i dowódca trzysta trzeciego dywizjonu, a jeśli chodzi o moją skromną osobę, porucznik Witold Urbanowicz.

— Myślałam, że te paski na rękawach pańskiego munduru oznaczają stopień kapitana? — Nauczycielka przygląda się z zainteresowaniem postaci Witolda.

— Ma pani rację, tutaj w Anglii stopień przynależy do stanowiska i skoro wyznaczono mnie na Dowódcę Eskadry „A”, to wygląda na to, że szybko awansowałem.

— Tak, Witold jest bardzo szybki i dlatego nazywamy go Kobra — Krasnodębski wtrąca się do wypowiedzi, nie chcąc być dłużny koledze.

Tę uwagę od razu podchwytuje nauczycielka i podchodzi bliżej do rozmówcy mierzy go od stóp po głowę.

— Dziwne przezwisko jak na myśliwca, wygląda mi pan bardziej na drapieżnego ptaka...

— Tak mnie nazwali podchorążowie — mówiąc to, odwraca się do siedzących w ławkach i woła dobitnie — Panowie piloci! Uwaga! Jaki powinien być myśliwiec?!

— Jak kobra! — odpowiadają głośno i wyczekują kolejnego pytanie.

— Jaki powinien być atak?!

— Zdecydowany! Błyskawiczny!! Skuteczny!!!

Witold zadowolony z chóralnej odpowiedzi byłych podchorążych odwraca się do nauczycielki, która oznajmia:

— No dobrze, już dobrze, wystarczy tych krzyków na mojej lekcji. Proszę siadać, o tu, pod oknem w pierwszym rzędzie — prowadzi gości do ławki, a gdy siadają, upomina ich: — I dla jasności, jak zapewne panowie zdążyli się zorientować, nie jesteśmy na lotnisku tylko w klasie i tutaj ja dowodzę.

— Ależ oczywiście! — Krasnodębski potwierdza skwapliwie, mrugając do kolegi.

Urbanowicz nachyla się do ucha Zdzisława, boi się, że zostanie usłyszany.

— Dobrze, że nas nie posadziła do oślej ławki.

— Cicho, bo jeszcze nas wywoła do tablicy i będzie wstyd, orłami z angielskiego nie jesteśmy.

Nauczycielka poprawia włosy. Zakłada okulary, które niewątpliwie dodają jej uroku. Ciemne, rogowe oprawki kontrastują z jasną karnacją i zielonymi oczami. Kobieta wstaje od biurka i spaceruje przy tablicy tam i z powrotem. Porusza się z wdziękiem, a zaciśnięty pas olimpijki wojskowej podkreśla jej talię cienką jak u osy. Granatowa spódniczka o regulaminowej długości zakrywającej kolana nie jest w stanie ukryć krągłych pośladków. Staje na środku i najwyraźniej wpada jej do głowy jakiś pomysł, bo oznajmia, jakby informowała o niezapowiedzianej klasówce:

- Co do postępów waszych podwładnych, to podstawy już znają, a teraz nadszedł czas na tematy specjalistyczne związane z wojskowością, dlatego chcę poznać wasze funkcje w dywizjonie, a jeśli macie coś od siebie do dodania, to proszę bardzo…

Wskazuje na porucznika siedzącego najbliżej. Ten wstaje, wykonując gest, jakby się upewniał, czy to na pewno o niego chodzi. To szczupły blondyn o dobrotliwej naturze, słynący w dywizjonie ze zdrowego rozsądku i gotowości niesienia pomocy. Wygląda na trzydzieści parę lat. Mówi stoickim głosem:

— Porucznik Ludwik Paszkiewicz, obecnie zastępuję Dowódcę Eskadry „B”, kapitana Tadeusza Opulskiego, który niestety rozchorował się. Stacjonujemy w bazie Northolt i wchodzimy w skład Jedenastej Grupy Lotnictwa Królewskich Sił Powietrznych. Naszym głównym zadaniem jest obrona Londynu i południowo wschodniej części Anglii. A ponadto wszyscy mówią na mnie Paszko, jeszcze od dzieciństwa.

— Z tego, co wiem, to wasze eskadry mają różnobarwne klucze, czy tak?

Nauczycielka przerywa wypowiedź ucznia i wskazuje na sąsiada. Wstaje około trzydziestoletni mężczyzna. To szczupły, średniego wzrostu szatyn. Wygląda na spokojnego, ale w jego przymrużonych oczach można zauważyć iskierki zawziętości.

— Porucznik Zdzisław Henneberg, ale proszę do mnie mówić Dzidek.

Kobieta spogląda na niego niczym obrażona dama. Podchodzi bliżej, mierząc go wyniosłym spojrzeniem i kiedy już otwiera usta, aby zwrócić mu uwagę, ten pośpiesznie kończy swoją wypowiedź:

— Jestem dowódcą klucza a dywizjon składa się z dwóch eskadr, „A” i „B”, które mają po dwa klucze, czyli czerwony i żółty oraz niebieski i zielony, każdy z tych kluczy ma po trzy samoloty, razem dwanaście myśliwców, Hawker Hurricane´ Mk I, plus oczywiście zapasowe.

Nauczycielka macha ręką na Dzidka i wraca do biurka. Opiera się o blat i zakłada nogę na nogę. Czeka aż wstanie kolejny uczeń. Następny podnosi się z ławki młodzieniec wyglądający niczym tyczka. Mimo młodego wieku na jego twarzy widać powagę i skupienie. Oczy wyrażają twardość i coś jeszcze, jakąś wewnętrzną zadziorność, charakterystyczną dla pilotów myśliwskich.

— Podporucznik Jan Daszewski, pilot klucza zielonego, przezwisko jak widać… — prostuje się, ma rzeczywiście imponujący wzrost.

Kolega o zawadiackim spojrzeniu i zadartym nosie wymawia jego przezwisko w sposób rozwlekły:

— Dłuuugggiiii Joooeeeee… Daszewski siada, spoglądając spod byka na rozbawionego kolegę, który wstaje, mimo że nie nadeszła jego kolej. Wygląda na to, że nie jest w stanie usiedzieć spokojnie na swoim miejscu.

— Podporucznik Jan Zumbach, pilot klucza czerwone-go, nazywają mnie Donald, pewnie przez ten mój nos podobny do kaczego dzioba, pochodzenie mam podwójne, czyli polsko-szwajcarskie, mój sąsiad to podporucznik Ferić, uparty jak wół kronikarz dywizjonu, dlatego nazywamy go Oxem, jego ojciec był Chorwatem, ale matka Polką, wstań i powiedz coś o sobie…

Młody mężczyzna o urodzie południowca ociąga się. Był zajęty pisaniem czegoś w grubym zeszycie. Jest szczupły, włosy ciemne, czesane do góry.

— Donald, zostaw, przecież już mnie przedstawiłeś, cóż mogą o sobie więcej powiedzieć...

— Mamy też Czecha na pokładzie, to František. Jozef, no wstawaj, nie wstydź się…

Czech wygląda poważnie jak na swoje dwadzieścia sześć lat. Ciemnowłosy, szczupły, z wysokim czołem, mocne łuki brwiowe. Nic sobie nie robi z natarczywego zachowania kolegi. Siedzi w ławce z założonymi na piersi rękami i nie ma zamiaru ruszyć się z miejsca. W kocu stwierdza dobitnie:

— Jest wojna, a my marnujemy czas zamiast walczyć.

— Sama pani widzi, ciężki przypadek, kompletny brak dyscypliny.

— Jak spotkam jakiegoś Szwaba w powietrzu, to mu pociskami powiem, co o nim myślę, znajomość języka angielskiego nie jest mi do tego potrzebna...

Zgromadzeni w klasie potakują głowami z aprobatą, co świadczy, że zgadzają się ze zdaniem kolegi. Siedzący z tyłu blondyn, przystojny niczym amant filmowy, łapie, Zumbacha za ramiona i usadawia na siłę w ławce. Sam wstaje i tłumaczy zachowanie kolegi:

— Przepraszam za tego narwańca, powinien nazywać się Megafon a nie Donald. Co do mnie, podporucznik Witold Łokuciewski we własnej osobie, czyli po prostu Tolo, pilot klucza niebieskiego w eskadrze „B”.

Nauczycielka pomija mrugnięcie przystojnego mężczyzny i surowe spojrzenie zatrzymuje na Donaldzie. Grozi mu palcem jakby upominała dziecko za brak uwagi i gadulstwo na lekcji.

— No dobrze, na dziś wystarczy tego przedstawiania — decyduje, otwierając dziennik. — Sprawdzę obecność i rozpoczynamy lekcję. Czyli po kolei pozostali porucznicy:

— Arsen Cebrzyński!

— Jestem!

— Grzeszczak!

— Obecny! 

— Januszewicz!!

— Jest!

— Tego pana już poznaliśmy, czyli po nim… Wacław Łapkowski jest?!

— Nieobecny.

— Marian Pisarek!

— Jest!

— Walery Żak!

— Obecny!

— Następnie pozostali podporucznicy, tego pana już poznałam i tego również, czyli dalej:

— Bogdan Mierzwa!

— Obecny!

— Palusiński!

— Jestem.

— Radomski!

— Obecny!

— No i na końcu mamy sierżantów.

— Andruszkow.

— Jestem.

— Bełc.

— Jestem.

— Brzezowski!

— Jestem!

— Pan z czeskim akcentem nie był łaskaw się przedstawić i dalej:

— Gallus.

— Obecny.

— Kania!

— Jestem!

— Karubin!

— Jest!

— Krawczyński!

— Nieobecny, jest u lekarza!

— Kowalski.

— Jest.

— Rogowski jest!

— Jestem!

— Szaposznikow!

— Jestem.

— Świtoń!

— U lekarza!

— Wojciechowski.

— Jestem.

— Wójtowicz!

— Jest!

— Wünsche!

— Jestem!

— I to już wszyscy, zaczynamy zajęcia, wystarczająco czasu już zmarnowaliśmy.

Kobieta wstaje od biurka i podchodzi do tablicy. W czasie wycierania czarnej powierzchni jej spódniczka zaczyna falować, wzbudzając zainteresowanie uczniów, którzy nagle o dziwo skupiają się na lekcji. Nauczycielka ma piękny charakter pisma.

— Tematem dzisiejszych zajęć są zaszyfrowane słowa używane w korespondencji radiowej RAF-u, aby nasi wrogowie nie byli w stanie jej zrozumieć. — Mówiąc to, kończy pisać słowo Pancake i woła głośno aby przerwać rozmowy. — Panowie piloci, uwaga, słowo naleśnik, po angielsku pancake określa miejsce lądowania samolotu, po prostu wasze lotnisko bazowania. Powtarzajcie za mną! No proszę bardzo! Pancake!

— Pancake! Pancake! Pancake! Pancake! Pancake! Pancake!

Zumbach mlaska i oblizuje się soczyście, a w tym samym czasie na tablicy pojawia się kolejne słowo. Większość młodych ludzi zamiast podziwiać piękny charakter pisma, skupia wzrok nieco niżej. Uczniowie pilnie obserwują krągłe pośladki, które pod wpływem pisania bujają, wprawiając materiał spódniczki w cykliczne falowanie. Tymczasem nauczycielka kończy pisać słowo, Angels.

— Anioły to wysokość podawana w tysiącach stóp, czyli dziesięć aniołów to dziesięć tysięcy stóp, czy to jest zrozumiałe? — Wszyscy myśliwcy niczym pilni uczniowie potakują skwapliwie głowami, jakby prosili, aby nauczycielka, czym prędzej wróciła do pisania. — Powtarzajcie! No, proszę bardzo! Angels!

— Angels! Angels! Angels! Angels! Angels! Angels! Angels! Angels!

Zumbach odwraca się do kolegów i kreśli rękami kształt okazałej gruszki, kończy gesty tłumacząc z zachwytem.

— Toż to prawdziwy anioł, który zstąpił z nieba na ziemię.

— I wylądował w naszej klasie — dodaje zafascynowany Łokuciewski…

— Ależ ten boski angel ma piękne podwozie — zachwala Zumbach, oblizując się soczyście.

Na sali roi się od szeptów. Urbanowicz macha ręką jakby odganiał natrętną muchę i spogląda w okno.. Łokuciewski nachyla się do ucha kolegi, który siedzi obok.

— Ox, opisz tego cudownego anioła w swoim zeszycie, niech przejdzie do historii!

— Jeszcze czego, patrzcie go, to nie zeszyt, to kronika dywizjonu, poważny dokument! — obrusza się Ferić i wraca do notowania.

— Po co o niej pisać, zaraz ją narysuję, dawaj — Zumbach usiłuje wyrwać dziennik koledze, ale nie jest w stanie.

Nauczycielka odwraca się i grozi mu palcem. Dowódca dywizjonu major Krasnodębski rozdrażnia się zachowaniem podwładnych i upomina ich w sposób jak zwykle kulturalny.

— Panowie, bądźcie poważni, nie jesteście na lotnisku, tylko w klasie…

Witold Urbanowicz wstaje i zamaszystym krokiem podchodzi do kobiety, która nie bardzo wie jak zapanować nad dyscypliną młodych ludzi. Mężczyzna stuka obcasami, kłania się uprzejmie i całuje ją w rękę.

— Przepraszam za moich podwładnych, trudno się skupić na nauce przy tak pięknej kobiecie.

Na twarzy nauczycielki pojawia się zdziwienie a zaraz po nim wypieki. Wyrywa dłoń i upomina mężczyznę jakby miała do czynienia z niesfornym uczniem, a nie dorosłym mężczyzną.

— Panie kapitanie, proszę natychmiast siadać do ławki, to nie jest odpowiedni czas, a tym bardziej miejsce, na tego typu zachowanie. Jesteśmy w klasie! Ech, te wasze zwyczaje przywiezione ze wschodu...

Witold posłusznie wraca do ławki. Siada z miną skarconego ucznia. Nauczycielka przez chwilę tasuje go badawczo, głaszcząc się bezwiednie po dłoni. Coś niewątpliwie zaczyna między nimi iskrzyć. Kobieta odgania myśli, które ją bezwiednie opanowały i odwraca się do tablicy. Na czarnej powierzchni pojawia się wyraz: Bandits.

— Bandyci, czyli po angielsku bandits, to słowo oznaczające niemieckie samoloty!

Drwiny i uśmiechy na twarzach młodych ludzi zamierają, tak samo szybko jak się pojawiły. Nagle w klasie nastaje głucha cisza. Nawet Zumbach milknie.

— Powta…

— Bandits! Bandits! Bandits! Bandits! Bandits! Bandits! Bandits! Bandits!

Nauczycielka zamiera, patrząc na ponure miny uczniów. Odwraca się i dopisuje kolejne słowo jakby jej się spieszyło: tally ho.

— Zwrot bierz go, tally ho to komenda do ataku na wroga. Powtarzajcie!

— Tally ho! Tally ho! Tally ho! Tally ho! Tally ho! Tally ho! Tally ho! Tally ho!

Kobieta odkłada kredę, obejmuje się rękami i pociera ramiona jakby chciała się ogrzać. Rozgląda się po klasie z obawą. W oczach myśliwców, które niedawno wypełniała młodzieńcza werwa, pojawiają się rozbłyski złości a wręcz nienawiści. Jest zaskoczona tak naglą transformacją Polaków, nie wie, że to wspomnienia z czasów, kiedy III Rzesza napadła na ich kraj, zmieniły ich oblicza. Wyglądają jakby w jednej chwili przybyło im po parę lat. Kapitan Witold Urbanowicz chowa twarz w dłoniach. Wspomina początek września.

Niemieckie bombowce nadlatują w stadach nad polskie miasto niczym obżarte, czarne ptaszyska, z krzyżami na skrzydłach. Kraczą przeciągle setkami silników. Nadlatują nad cel i zrzucają śmiercionośny ładunek, wypróżniając stalowe bebechy. Setki bomb opuszcza luki i spadają jakby w nieładzie, naznaczając kolejne rejony krwawymi wybuchami. Budynki płoną i zapadają się z hukiem w tumanach pyłu i dymu, ogień dopełnia zniszczenia. Syreny alarmów przeciwlotniczych wyją, jakby krzyczały tysiącami roztarganych gardeł. Zaskoczeni ludzie wpadają w panikę, szukając bezpiecznego schronienia, ale nie wszystkim udaje się uciec. Na ulicach w kałużach krwi zastygają rozerwane ciała. Ranni proszą o pomoc, ale nikt nie jest w stanie im ulżyć w cierpieniu. Umierają obsypani sadzą, która opada, okrywając okolice szarym płaszczem. Krew przesiąka ten całun w formie rozlewających się, szkarłatnych plam. Spod gruzów dobiegają krzyki i nawoływania rannych, słychać cichnące jęki. Ugrupowanie niemieckich bombowców zatacza krąg nad zniszczonym miastem i odlatuje w kierunku zachodnim. Pozostawiają po sobie płonące i dymiące ruiny zabudowań, które muszą opuścić pozbawieni dachu nad głową ludzie. Na drodze z miasta widać coraz większą grupę uciekających cywilów z dobytkiem, a raczej z tym, co zdołali złapać w pośpiechu. Klucz Messerschmittów nurkuje jeden za drugim i strzelają do bezbronnych cywilów. Ludzie rzucają się do chaotycznej ucieczki. Większość z nich ginie. Trafieni pociskami z karabinów maszynowych. Padają jakby przebiły ich setki ostrzy. Ofiary są w różnym wieku, ale większość to osoby starsze i kobiety z dziećmi. Urbanowicz, który to obserwuje ze swojego samolotu, rzuca się do ataku na najbliższego wroga, krzycząc:

— Bandyci, bandyci!

Wykonuje wywrót na skrzydło i przechodzi w nurkowanie. Dochodzi do jednego z wrogów na odległość strzału. Łapie go w znaczniki celownika, jeszcze chwila. Niestety, cel robi się coraz mniejszy, a jego maszyna jest na maksymalnych obrotach i nie może już przyśpieszyć. Witold uderza w burtę, czuje się bezsilny i bezradny jak dziecko. Przez radio słychać komendę kierownika lotów:

— Sto dwudziesty pierwszy wykonuj do lotniska, dla ciebie wysokość tysiąc metrów, zniżanie nad pasem do trzystu i w krąg do trzeciego.

— Na kursie, z naborem do tysiąca.

Dzwonek w ręce nauczycielki informuje w sposób do-bitny o zakończeniu zajęć. Urbanowicz przeciera załzawione oczy, spogląda na kobietę. Na jej twarzy odbija się zakłopotanie. Cóż może jej powiedzieć, jak wytłumaczyć coś, co trzeba przeżyć, doznać na własnej skórze, aby zrozumieć. I czy ona w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, co ją czeka, bo przecież bitwa o Wielką Brytanię dopiero się zaczęła i nie wiadomo jak się skończy, i ile pociągnie za sobą zniszczeń, cierpienia, ofiar, a może nawet dotknie ich okupacja niemiecka. Ale nie kraczmy, nie kraczmy, to zbyt straszne... Kapitan Urbanowicz w milczeniu rusza za majorem Krasnodębskim. Jednak jeszcze przed wyjściem zatrzymuje się i odwraca do nauczycielki:

— Chciałbym z panią zamienił parę słów, ale obowiązki służbowe wzywają, mamy jeszcze w dniu dzisiejszym trening tak zwany, bies flying.

— Trening na rowerach fruwając, chyba na samolotach latając, musi się pan bardziej przyłożyć do języka angielskiego, trzeba wzbogacać swoje słownictwo, kapitanie Urbanowicz.

— W takim razie zapisuję się na zajęcia doskonalące.

— Trzymam pana za słowo.

Witold macha na pożegnanie i wychodzi z klasy.

 

Kolejny poniżający trening „na rowerach fruwając” - kolejny rozdział i ciąg dalszy w miejscu EBOOKa 

Z trybun stadionu w miejscowości Uxbridge widać jak

Nie znaleziono produktów spełniających podane kryteria.

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl