Kolejny poniżający trening „na rowerach fruwając”

Z trybun stadionu w miejscowości Uxbridge widać jak sześciu młodych pilotów jeździ na rowerach po boisku piłkarskim. Są ustawieni w dwóch grupach po trzech w każdej. Mają na głowach lotnicze hełmofony, a nad ich głowami sterczą niczym baty anteny radiostacji, zamontowane na bagażnikach. Do kierownic przypięto im prędkościomierze i kompasy magnetyczne.

— Zielona jedynka, dla ciebie kurs jeden cztery zero.

— Na kursie jeden cztery zero!

Na trybunach zainstalowano stanowisko dowodzenia, z którego odbywa się naprowadzanie zielonego klucza na pozorowany cel, czyli klucz niebieski symulujący niemieckie bombowce. Polacy mają trening z korespondencji radiowej w języku angielskim oraz z taktyki walki powietrznej, jaką stosuje lotnictwo RAF-u. Ćwiczenie pozoruje warunki bojowe panujące w powietrzu. Na miejscu jest obecne zarówno dowództwo angielskie jak i polskie.

Odpowiednikiem majora Zdzisława Krasnodębskiego jest major Ronald Gustav Kellett. Wcześniej był pilotem Pomocniczych Sił Powietrznych i będąc dowódcą eskadry w 249 Dywizjonie, kładł duży nacisk na szkolenie z gotowości bojowej swoich podwładnych. Niestety nie mógł ich sprawdzić w sytuacji realnego zagrożenia, bo został prze-niesiony do jednostki obcokrajowców, z czego rzecz jasna, nie jest zadowolony. Jasnowłosy, niebieskooki, średniego wzrostu, makler giełdowy z cywila. Ma opinię człowieka towarzyskiego z dużym poczuciem humoru, ale uważa, że Wielka Brytania powinna własnymi siłami dać sobie radę z Trzecią Rzeszą, o czym nie omieszka ciągle wspominać.

Dowodzenie nad Eskadrą „A” wraz z kapitanem Urbanowiczem powierzono kapitanowi Johnowi Kentowi, który przed wojną był oficerem zawodowym. Szczupły, wysoki Kanadyjczyk o przyjaznej aparycji. Nie przypomina w obyciu sztywnych, trzymających się na dystans Anglików. Oczywiście on również nie jest zadowolony z tego, że został oddelegowany do dywizjonu obcokrajowców, ale skoro już się tak stało, akceptuje sytuację, a nawet ze względu na barierę językową postanowił poznać parę słów z terminologii lotniczej cudzoziemców. Polacy mile zaskoczeni jego chęcią lepszego rozumienia swoich sojuszników nazwali go żartobliwie Kentowski.

Kolejny Anglik będący na etacie w Dywizjonie 303 to kapitan Athol Forbes, dowódca Eskadry „B”. Oficer zawsze nienagannie i regulaminowo umundurowany. Jednak mimo małego doświadczenia lotniczego krytyczny w stosunku do polskich myśliwców i ich wyszkolenia. Przy każdej okazji wyraża swoją negatywną opinię dotyczącą tego, że wyżsi przełożeni popełnili błąd, wyznaczając obcokrajowców do obrony stolicy Anglii. Jego polski odpowiednik to porucznik Ludwik Paszkiewicz.

Przedstawiciele dowództwa polskiego i angielskiego obserwują postępy swoich podwładnych. Stoją obok radiostacji obsługiwanej przez kapitana Forbesa, który przejął rolę nawigatora naprowadzania. Poniżej na trybunach zajęli miejsca pozostali myśliwcy, którzy obserwują z zainteresowaniem poczynania kolegów jakby byli na meczu piłkarskim.

— Długi dawaj szybciej!

— No szybciej!

— Donald jesteś z tyłu!

— Ale te bombowce się wleką!

— Ruchy tam!

— Ale gamonie!

— Donald, Donald!

— Nie daj się Czechowi!

— Donald, zwiększ obroty!

Oficer angielski stoickim głosem wydaje kolejną komendę przez mikrofon. Zwraca się do dowódcy grupy pościgowej:

— Zielona jedynka, wykonuj w prawo na kurs jeden siedem zero.

— Na kursie jeden siedem zero — słychać przez radio głos porucznika Henneberga, który potwierdza wykonanie komendy.

Angielski dowódca dywizjonu major Kellett obserwuje obojętnie poczynania ćwiczących i wypowiada głośno uwagę jakby w powietrze, bez konkretnego adresu:

— To ich nauczy prawidłowej korespondencji radiowej i angielskiej taktyki walki.

— Jak to mówią, trening czyni mistrza — dodaje z przekąsem kapitan Forbes.

Polski dowódca dywizjonu major Krasnodębski, który odczuł, że te słowa są skierowane do niego, zwraca się jak zwykle uprzejmie do oficerów angielskich, tłumacząc:

— Przypominam panom, że to piloci zawodowi, a nie adepci, którzy dopiero uczą się latać.

— Zamiast szkolić ich w powietrzu w warunkach bojowych, marnujemy czas na zabawy w kotka i myszkę, do cholery! — Urbanowicz rozdrażnia się.

— Z tego, co wiem, to mieliście już okazję do walki? — Kellett zadaje kolejne pytanie, spoglądając wymownie na kolegów i wtrąca jakby od niechcenia. — Ile trwało to wasze starcie z Luftwaffe?

— Słyszałem, że jakieś trzy dni — odpowiada z drwiną kapitan Forbes i dodaje szybko, widząc ponurą minę Urbanowicza:

— Do niebieskiej jedynki, dla ciebie kurs dwa osiem zero.

— Na kursie nakazanym, odbiór — słychać odpowiedz Daszewskiego, dowódcy niebieskiego klucza.

Major Krasnodębski czuje się urażony wypowiedzią, dotyczącą kampanii wrześniowej w Polsce. Brał w niej udział i nie może pominąć tak niesprawiedliwej opinii, podczas jednej z walk był ranny, jego samolot zapalił się i ratował życie skacząc na spadochronie. — Jak panowie zapewne wiecie, czekaliśmy na pomoc sojuszników, i co?

— I wielkie nic, żeby nie powiedzieć bardziej dosadnie… — wtrąca się ponownie do rozmowy Witold, on również poczuł się dotknięty zaistniałą dyskusją.

Angielscy oficerowie patrzą po sobie porozumiewawczo, jakby rozumieli się bez słów, i ze stoickim spokojem wracają do treningu, skupiając uwagę na prowadzonej korespondencji radiowej.

— Dla zielonej jedynki, kurs trzy zero zero, wysokość dziewięć aniołów.

— Na kursie trzy zero zero z naborem do dziewięciu aniołów — potwierdza Henneberg i spogląda za siebie na boki, z tyłu po swojej lewej stronie ma podporucznika Łokuciewskiego, a po prawej sierżanta Františka, którego zawzięta mina świadczy o tym, że ma zamiar wygrać tą symulowaną potyczkę.

Urbanowicz ciągnie dalej rozpoczęty wątek, który wręcz domaga się wyjaśnienia, bo z tego, co się już zdążył zorientować, Anglicy nie mieli zielonego pojęcia o tym, co się działo podczas napadu III Rzeszy na Polskę.

— W starciu z Messerschmittami nasze samoloty były niczym wróble atakujące wrony, ale mimo to odnosiliśmy sukcesy w walkach z przeważającą siłą wroga, a nasze lotnictwo walczyło o wiele dłużej niż trzy dni, ostatni niemiecki samolot został zestrzelony siedemnastego września… Witold chce jeszcze coś dodać, jak to mówią, z tak zwanej „grubej rury”, ale powstrzymuje go gest majora Krasnodębskiego, który wskazuje na boisko. Urbanowicz spogląda w miejsce, gdzie dochodzi do po-zorowanego ataku.

— Zielona jedynka, cel przed tobą, na godzinie jedenastej, odbiór.

— Cel widzę!

— Biorę tego bandytę w środku, on jest mój — głos Františka przebija się przez komendę nawigatora.

Klucz porucznika Henneberga zbliża się do trzech rowerów symulujących niemieckie bombowce, czyli Daszewskiego, Zumbacha i Ferićia. Skręcają całą grupą raz w jedną, to znowu w drugą stronę. Starają się jak mogą manewrować po boisku, wykonując uniki.

— Zielona jedynka do lewoskrzydłowego, trzymaj szyk!

Czech nie słucha rozkazu dowódcy klucza i wysuwa się na prowadzenie.

— František zwolnij! — woła Łokuciewski.

— Zaraz dokopię tym frycom!

— Proszę ograniczyć korespondencje radiową do minimum — wtrąca oschle kapitan Forbes, który nie bardzo wie, co się dzieje. T

rójka udająca niemieckie bombowce, widząc, że jest atakowana, zaczyna rozpraszać się. Na trybunach, poniżej stanowiska dowodzenia, pozostali myśliwcy zaczynają dopingować kolegów:

— Długi, uciekaj w lewo!

— Megafon, nie daj się!

— Szybciej!

— Donald! Donald!

— Dawaj szybciej!

— Nie daj się Czechowi! Dowódca grupy pościgowej woła przez radio do Tola:

— Bierz bandytów z lewej, ja ich zablokuję z prawej.

— Rozkaz! Henneberg z Łokuciewskim okrążają nieprzyjacielski klucz z dwóch stron i strzelają, naśladując karabiny maszynowe.

František uderza w sam środek i zderza się z rowerem Zumbacha. Oba pojazdy wywracają się. Przeciwnicy łapią się za mundury. Długi błyskawicznie zeskakuje z roweru. Podbiega do kolegów. Rozdziela ich i trzymając na dystans, woła:

— Uspokójcie się, do cholery!

— František, co robisz?! — krzyczy Tolo.

— Dosyć, co sobie Anglicy o nas pomyślą?! — upomina ich Dzidek, którego drażni zachowanie podwładnych i spogląda z obawą w kierunku trybun.

Zumbach usiłuje złapać za mundur Františka, który nie pozostaje mu dłużny. Daszewski ma na szczęście dużą rozpiętość ramion i utrzymuje między nimi dystans, nie dochodzi do rękoczynów. W końcu, widząc, że im nie przechodzi, zaciska dłonie na kołnierzach, aż obaj zaczynają rzęzić.

— Słyszeliście, co dowódca klucza do was powiedział, uspokójcie się…

— Dobra, już mi przeszło – odpuszcza Zumbach, ale minę ma jeszcze cały czas wzburzoną.

Jozef tłumaczy się.

— Poniosło mnieee! Puszszszczajjj, do cholery!

— Słyszeliście rozkaz Dzidka?!

— Słyszałem!

— Jozef też słyszał?

— Słyszałem!

— No nareszcie do nich dotarło!

Długi zwalnia uścisk i pozwala im się wyrwać ze stalowego uchwytu. František już uspokojony podnosi swój rower i poprawia skrzywioną kierownicę. Zumbach czyści z trawy mundur i mówi do siebie:

— Ale ten Czech zawzięty!

— Jakbyś jechać szybciej, to bym cię nie dopadł!

— Odbija ci coraz częściej!

— Coś ty powiedział?!

— To ćwiczenia a nie prawdziwa walka! – zauważa Dzidek i dodaje jakby do siebie — Jak tak dalej będzie to im w końcu naprawdę odbije…

— Anglicy będą mieli teraz na nas używanie — komentuje niezręczną sytuację Ferić i żali się do siebie:

— A miałem w dzienniku wszystko opisywać, ale przecież nie będę o czymś takim pisał… Zumbach zauważa, że ma uszkodzoną antenę od radiostacji. Macha złamaną końcówką do kolegów na trybunach, którzy śmieją się i kpią.

- Ale ci František dokopał!

— Dobrze ci tak!

— Jak nie masz łączności, to załatw sobie megafon!

— Jeden zero dla Czecha!

— Ale zawzięty ten František…

Przedstawiciele dowództwa angielskiego obserwują z trybun zachowanie młodych myśliwców. Patrzą po sobie zgorszeni zaistniałym zdarzeniem. Prowadzący trening kapitan Forbes wstaje od radiostacji, rozkłada ręce w geście bezradności i żali się:

— Jak mam ich uczyć angielskiej taktyki walki, jak oni nawet nie wykonują moich komend!

Oficerowie angielscy podchodzą do siebie, aby przedyskutować, co robić dalej.

— I tak właśnie kończą się treningi z Polakami — stwierdza Kellett i dodaje poważnie, jakby rzucał oskarżenie: — To mi wygląda na jawne naruszenie dyscypliny wojskowej i brak poszanowania dla sprzętu.

— Panowie, czy wy trochę nie przesadzacie, chcecie ich wszystkich wtrącić do aresztu za stłuczkę, zaraz zrobimy omówienie ćwiczenia, wytkniemy błędy i powtórzymy trening — proponuje Kent.

 — To niedopuszczalne! — Forbes stwierdza dobitnie, spoglądając z wyrzutem na Witolda, który jest zajęty rozmową z Krasnodębskim i Paszkiewiczem. — No proszę, co ich obchodzi niezaliczone ćwiczenie?

— Przykład idzie z góry! — Kellett ponownie wyraża dezaprobatę, odwracając się do Kenta plecami…

Polscy dowódcy dyskutują ze sobą, a co dziwne, widać po ich minach, że są zadowoleni z przebiegu treningu i żeby tego było jeszcze mało, gratulują sobie nawzajem, ściskając dłonie.

— Dobra robota, widziałeś!

— Oskrzydlili ich!

— W takim wypadku wróg nie ma innego wyjścia, musi uciec w dół.

— W nurkowanie, a wtedy…

— A wtedy mając przewagę wysokości — Paszko pokazuje dłonią nurkowanie samolotu i dodaje z uznaniem — zamieniamy wysokość w prędkość i siadamy frycom na ogony i trraaachch, dostają po tyłkach, że aż furczy!

— I w glebę na parę metrów, niech im ziemia ciężką będzie, trraaachch! — Urbanowicz dołącza się z okrzykiem do głosu Paszkiewicza.

Rozdrażniony kapitan Forbes zrzuca z głowy słuchawki i krzyczy, aby go usłyszeli przedstawiciele dowództwa polskiego:

— Ja tu prowadzę poważny trening, a nie wyścigi kolarskie i bijatyki!

— Muszę zameldować o tym incydencie komendantowi bazy — informuje oschle major Kellett i patrząc na Krasnodębskiego, wtrąca, jakby wydawał wyrok: — I ja mam was dopuścić do zadań bojowych?!

— To naganny brak dyscypliny! — Forbes dodaje swoją stałą uwagę i dokłada opryskliwie: — Żenada!

Kapitan Urbanowicz słysząc to podchodzi do oficerów angielskich i mierzy ich posępnym wzrokiem.

— Żenujące są ćwiczenia, które wymyślacie.

— Zakończmy ten trening na dzisiaj — wtrąca się major Krasnodębski, aby załagodzić kolejny konflikt.

Major Kellett nie wytrzymuje twardego spojrzenia kapitana Urbanowicza, spogląda na zegarek, podnosi ze zdziwienia brwi. Informuje lekko:

— O, już piąta!

— Rzeczywiście, jak ten czas szybko zleciał! — przytakuje Forbes i woła jakby ogłaszał apel. — Piąta! Czas na herbatę!

— Czas na herbatkę!

— Idziemy na herbatkę!

Przedstawiciele angielskiego dowództwa odwracają się jak na komendę i odchodzą. Kent jeszcze przystaje na chwilę, wykonując gest bezsilności, na co Paszkiewicz potakuje głową i stwierdza:

— Oczywiście, herbatka o piątej najważniejsza. — Nasi wyżsi przełożeni zdecydowali, że każda dowódcza funkcja w dywizjonie ma być polsko-angielska i mamy problem. — Przyznaje Urbanowicz, zwracając się do majora Krasnodębskiego. — Jak ty wytrzymujesz z tym Kellettem?

— Ciężko jest, to prawda, zachowuje się tak jakby zjadł wszystkie rozumy!

— A ja się muszę męczyć z Forbesem, któremu ciągle coś pod nosem śmierdzi! — Paszkiewicz kręci nosem i szczerzy zęby, naśladując swojego odpowiednika, dodaje — Tylko z Kentem można się jakoś dogadać, ale pewnie, dlatego, że jest Kanadyjczykiem.

— Panowie musimy zachować spokoju — upomina ich dowódca dywizjonu i tłumaczy. — Anglicy mają swoje racje, nie zostali skierowani do polskiej jednostki na własną prośbę, z ich punktu widzenia jesteśmy niedouczonymi obcokrajowcami, z którymi są tylko kłopoty. Nie wolno nam dać się sprowokować!

— Łatwo dowódcy mówić, ale jeśli my jesteśmy rozdrażnieni, żeby nie powiedzieć bardziej dosadnie, to co dopiero nasi podwładni? W końcu wezmą się za łby i dojdzie do jakiejś poważnej awantury. — Masz rację, Witoldzie, jak tak dalej pójdzie, podpadniemy na całej linii i rzeczywiście przeniosą nas na dalekie tyły…

— Tak dowódco, tak dłużej być nie może

— To będzie katastrofa! – orzeka Paszkiewicz, a w jego oczach można dostrzec strach, w końcu przyznaje z troską w głosie — Traktują naszych ludzi jak tępych uczniaków…

— No właśnie dowódco, a przecież nasi ludzie mają za sobą dwie kampanie wojenne w Polsce i we Francji, a teraz, aby szkolić się na Hurricane’ach, muszą przechodzić przez te poniżające ćwiczenia na rowerach i nauki języka angielskiego, jakby to było najważniejsze…

— Zgadzam się z tobą, Witoldzie, to wszystko trwa zbyt długo, bitwa o Wielką Brytanię już się dawno zaczęła a my dalej czekamy, muszę porozmawiać z komendantem bazy, niech się w końcu określi, kiedy będziemy mogli walczyć z bandytami.

— Idziemy z tobą na tą rozmowę, przyda ci się wsparcie, nie, Paszko?!

— Oczywiście, jak to mówią, Królu, nasz panie, jesteśmy gotowi na twoje wezwanie!

— Jesteśmy z tobą na dobre i złe, jak stare dobre małżeństwo…

— Witoldzie, co by na to moja Wanda powiedziała?

— Myślę, że ci wybaczy tę małą zdradę, masz taką wyrozumiałą żonę.

— Tak, to prawda, to cudowna kobieta, tak dawno nie dostałem od niej wiadomości.

— Ja od żony i córeczki też nie mam żadnych wieści, listy do nas nie docierają a jeżeli nawet to są bardzo spóźnione— żali się Paszkiewicz i bezwiednie dotyka kieszeni gdzie ma zdjęcie żony i córeczki.

Odchodzą zatopieni w myślach i wspomnieniach o czasach, kiedy żyli w Polsce wolnej i niepodległej. Powoli zmierzają w kierunku budynków sztabu.

Pułkownik Stanley Vincent siedzi rozparty za biurkiem i z uwagą słucha majora Kelletta, delektując się narodowym napojem. Komendant bazy, co chwila marszczy brwi i nie wiadomo, czy z powodu złych wiadomości, czy może pod wpływem gorącej herbaty. Wygląda na człowieka starej daty, jest oficerem upartym i nieznoszącym sprzeciwu. To weteran z I wojny światowej. Oczywiście, ma wysokie mniemanie o angielskim lotnictwie i jego wspaniałej taktyce walki opisanej w licznych książkach i opracowaniach wybitnych dowódców Królewskich Sił Powietrznych. Jednak mało wie o Polakach, a jego wiedza o postępach w szkoleniu lotniczym obcokrajowców pochodzi bezpośrednio od ich angielskich dowódców.

— Majorze Kellett, musimy ich jak najszybciej wyszkolić, czasu mamy coraz mniej…

— Panie pułkowniku, oni na ziemi mają problemy z dyscypliną, a co to będzie w powietrzu, w czasie realnych działań bojowych?

— Nawet nie chcę o tym myśleć.

— Do tego wszystkiego słabo znają angielską taktykę walki i zapewne będą wprowadzać własną, a przecież dobrze wiemy, jak się skończyło ich starcie z Luftwaffe w Polsce we wrześniu.

— No tak, no tak…

— Jak tak dalej pójdzie, staniemy się pośmiewiskiem całego RAF-u.

— Nie dopuszczę do tego!

— Mam taką nadzieję, ich miejsce jest na tyłach, a dokładniej, na dalekim zapleczu.

— Co pan proponuje?

— Karać, karać i jeszcze raz karać. Trzeba pisać a nich meldunki, opiszę tą dzisiejszą sytuację ze szczegółami, aż nasi wyżsi przełożeni zrozumieją, że to była błędna decyzja.

— Tak, ona nas może drogo kosztować.

— Sami sobie damy radę z Niemcami bez tych wszystkich obcokrajowców.

Ktoś puka do drzwi gabinetu i bez zaproszenia wchodzi. To major Krasnodębski z kapitanem Urbanowiczem i na końcu wkracza porucznik Paszkiewicz. Polski dowódca dywizjonu podchodzi do komendanta bazy.

— Panie pułkowniku Vincent, bardzo przepraszam, że przeszkadzam w piciu herbatki, ale muszę zadać to ważne dla nas wszystkich pytanie…

— Proszę bardzo, słucham.

— Kiedy moi ludzie będą dopuszczeni do zadań bojowych?

— Odpowiedź jest bardzo prosta, majorze Krasnodębski, otóż wejdą do walki, kiedy stwierdzę, że są do tego odpowiednio przygotowani — odpowiada ze stoickim spokojem przełożony i łyka kolejną porcję herbaty.

Na te lekko wypowiedziane słowa reaguje Urbanowicz, który stara się jak może zachować spokój:

— Moi ludzie nie przyjechali tutaj, aby uczyć się angielskiego i jeździć na rowerach po boisku.

— Oczywiście rozumiemy waszą niecierpliwość, ale jako komendant bazy jestem odpowiedzialny przed wyższymi przedstawicielami za wasze wyszkolenie i gotowość do zadań bojowych.

— Chcemy walczyć! Niszczyć niemieckie myśliwce i bombowce, czy to tak trudno zrozumieć?! – wybucha Witold, niemal krzycząc i podchodzi bliżej do angielskich oficerów.

— Przypominam panom, że to mnie będą karać za złe decyzje w tym względzie…

Paszko podnosi leżącą na biurku gazetę. Zainteresowała go fotografia przedstawiająca płonące budynki koszarowe i zniszczony pas startowy angielskiego lotniska. Pokazuje to zdjęcie stojącemu obok Witoldowi. Ten szybko łapie, o co chodzi koledze i wręcza gazetę Vincentowi, który pośpiesznie odkłada filiżankę, aby nie wylać herbaty. Urbanowicz uderza palcem w pierwszą stronę.

— Mamy czekać aż nasze lotnisko zostanie zbombardowane?!

— Prędzej czy później zaczną się naloty na Londyn — grozi ponuro Paszkiewicz, marszcząc brwi, co nie pasuje do jego spokojnej natury i niewinnej twarzy?

Dowódcy angielscy spoglądają na zdjęcie kolejnej zniszczonej infrastruktury wojskowej. Paszkiewicz ponownie wtrąca swoją uwagę:

— Jak hitlerowcy napadli na Polskę, to bombardowali nasze miasta, a w szczególności Warszawę, która nie chciała się poddać.

— I Rotterdam też zbombardowali — wtrąca Witold, mierząc ponurym wzrokiem angielskich oficerów, po czym kończy dobitnie: — To tylko kwestia czasu, w końcu zbombardują waszą stolicę, będą ginąć bezbronni cywile, starsi ludzie, kobiety, dzieci.

Krasnodębski podchodzi do majora Kelletta i wyraża to, co czuje, w sposób dobitny i bezpośredni:

— Weźmiesz to na swoje sumienie, bo jak dobrze wiesz, głównym zadaniem naszego dywizjonu jest obrona Londynu, a nasi młodzi myśliwcy nie mają doświadczenia w walkach z wrogiem na Hurricane’ach.

— Przy waszym podejściu, to jeszcze długo nie będą gotowi do walki! — Urbanowicz jest pewny tego, co mówi i dodaje: — Szkoliłem moich ludzi w Dęblinie i wiem, na co ich stać, prędzej zginą niż odpuszczą.

— Wiecie, co to znaczy zniszczyć chociaż jeden niemiecki bombowiec, który ma na pokładzie parę ton bomb? — zadaje na koniec retoryczne pytanie Krasnodębski, jakby stawiał kropkę na końcu zdania.

Pułkownik Stanley Vincent wstaje i służbowym tonem zwraca się do majora Kelletta, wręczając mu gazetę. —

Myślę, że czas dojrzał, aby Polacy pokazali, co potrafią, dalsze zwlekanie nie ma sensu…

— Uważam, że jeszcze nie są gotowi – wyraża dobitnie swoje zdanie major Kellett i dodaje oschle. — Potrzebują więcej zajęć teoretycznych…

— Owszem teoria jest ważna, ale bitwa o Wielką Brytanię już się zaczęła, trzeba przyśpieszyć ich szkolenie praktyczne w powietrzu…

Major Kellett taksuje wzrokiem Urbanowicza i widać, że ciężko mu wypowiedzieć decyzję popartą przez wyższego przełożonego.

— Dobrze więc! Koniec z treningami na rowerach z korespondencji radiowej, przyśpieszamy szkolenie na Hurricane’ach.

— Dobra decyzja – chwali go komendant bazy i widać na jego twarzy ulgę.

— Zobaczymy, co z tego wyniknie — dorzuca na koniec dyskusji Kellett jakby chciał podkreślić, że ma liczne wątpliwości w tym względzie.

Polscy dowódcy gratulują sobie nawzajem, klepią się po ramionach, ściskając się nawzajem jakby spotkali się po latach. Wychodzą z gabinetu, aby oznajmić podwładnym, że jest nadzieja na przyśpieszenie wejścia do walki. Anglicy patrzą na te oznaki zażyłości ze zdumieniem, nie są przyzwyczajeni do tego typu zachowań. W ich środowisku i kulturze uchodzą za brak powagi, żeby nie powiedzieć bardziej dosadnie, niedojrzałości emocjonalnej, szczególnie w takiej instytucji jak wojsko. Pułkownik Stanley Vincent stwierdza na koniec, gdy zostają już sami:

— Będziemy z tymi Polakami mieli jeszcze dużo kłopotów, czuję to normalnie przez skórę…

— Na to wygląda, na to wygląda, i to ich spoufalanie się przy byle jakiej okazji...

— No właśnie…

— No i oczywiście, braki w dyscyplinie.

— No tak, to też, ale trzeba im przyznać, że się rwą do walki.

— Na to wygląda, na to wygląda, ale chęci to nie wszystko…

— Mówią, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.

 

Nie znaleziono produktów spełniających podane kryteria.

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl