Parę słów o utworze, który miałem przyjemność począć

pod wpływem natchnienia

Od czasu II wojny światowej minęło tyle lat i ciągle zadajemy sobie pytanie. Kiedy wreszcie zostanie sfilmowana historia o polskich pilotach walczących w bitwie o Anglię? Z drugiej strony nachodzą nas wątpliwości, czy ta produkcja spełni nasze oczekiwania. Wszystko rozbija się jak zwykle o pieniądze i nie trzeba być filmowcem, aby wiedzieć, że koszt produkcji filmu byłby ogromny ze względu na temat II wojny światowej i efekty specjalne związane z licznymi walkami po-wietrznymi. Aż się prosi hollywoodzka kooperacja.

I tu zaczyna się moja historia. Otóż podczas oglądania filmu pt. „Eskadra »Czerwone ogony«” George’a Lucasa o pierwszych afroamerykańskich pilotach walczących podczas II wojny światowej stwierdziłem, że tak dłużej nie może być. Nawet Czesi wyprodukowali film o swoich pilotach walczących w Wielkiej Brytanii pt. „Ciemnoniebieski świat”, a my? Wstyd mi się z tego powodu zrobiło i postanowiłem spróbować napisać scenariusz o Dywizjonie 303. Mimo licznych wątpliwości zdecydowałem się, że pozderzam się z tym tematem, który po prostu lubię, a nuż dojdzie do natchnienia twórczego i coś się z tego wykluje, z na-dzieją, że ten mój utwór okaże się na tyle dobry, aby zaistnieć na ekranach kin. Moja odwaga w stosunku do tematu wzięła się stąd, że jestem z zawodu inżynierem pilotem i w młodości latałem na Iskrach, Limach czy Migach, no i rzecz jasna, zawsze interesowała mnie historia bitwy o Anglię. Nie będę pisał, aby nie zanudzać, jak mi było ciężko i przez ile szkół rodzenia scenariuszy musiałem przejść, bo kogo obchodzi ciąża tak długa jak u słonia.

Po dwóch latach osiągnąłem swój cel: moje artystyczne dziecko, czyli scenariusz o Dywizjonie 303 w końcu się urodził. Czym prędzej oddałem go w dobre ręce profesjonalnych znawców, licząc na to, że dostanie 10 apgar. A tu, niestety, pierwszy szok poporodowy. Usłyszałem, że coś z nim jest nie tak, czegoś mu brakuje! W pierwszej chwili nie mogłem uwierzyć. Oczywiście skonsultowałem to z kolejnymi specjalistami z branży filmowej. To samo! Diagnoza była podobna, czyli za długi, za mocne sceny erotyczne, za drogi w ewentualnej produkcji, no i co mnie najbardziej zabolało — ojciec mało znany... I co można na to poradzić? Jak to mówią — „mleko już się wylało”.

Z natury swojej jestem uparty i nie poddaje się tak łatwo a więc dalej wciskałem swój scenariusz tym, którzy podobno wiedzą „lepiej”, prosząc o uleczenie z wad i błędów. Przerabiałem go przez kolejny rok, a raczej kaleczyłem, wycinałem i „ubierałem” wątki erotyczne, tłumacząc, że to byli mężczyźni z krwi i kości, że stres powstały podczas walki musieli gdzieś odreagować, a więc odwiedzali w wolnych chwilach puby, restauracje, pili alkohol, tańczyli i jeśli poznali jakąś piękną kobietę, to się kochali, bo i One chciały zapomnieć o wojnie. Jednak moje argumenty ich nie przekonały, bo otrzymywałem odpowiedzi typu: „My to oczywiście rozumiemy, ale aby film na siebie zarobił, dzieci też powinny pójść do kina”. No niby tak, z ich punktu widzenia mają rację... Na koniec przeczytałem to, co mi zostało z mojego scenariusza, i stwierdziłem, że wylałem dziecko z kąpielą na zimny beton opłacalności finansowej przemysłu filmowego.

I na tym mógłbym zakończyć swoją historię, wyrzucić to, co urodziłem, do kosza i zapomnieć, ale z drugiej strony, czy te moje twórcze dziecko jest czemuś winne? Gdy to pomyślałem, wpadła mi do głowy genialna myśl, choć geniuszem nie jestem, w myśl przysłowia — „nie matura, a chęć szczera zrobi z ciebie oficera”. Po namyśle zdecydowałem, co następuje: Nie pozwolę, aby parę lat mojej pracy poszło na marne. Ze scenariusza stworzę powieść, jako narrator będę opisywał zdarzenia jakbym je oglądał w kinie, czyli tu i teraz.

A ponadto napiszę ją w sposób obrazowy, pełen metafor tak, aby czytelnik miał wrażenie, że ogląda film historyczny (dla dorosłych), którego produkcja kosztowała ponad dwieście milionów dolarów, a główną rolę zagra Wasz ulubiony aktor. Co Wy na to? Zapraszam do czytania, właśnie ją urodziłem, obyło się bez powikłań, moja twórcza ciąża trwała zgodnie z normami — dziewięć miesięcy, trochę bolało podczas negocjacji z wydawnictwem, ale w końcu zdecydowałem się na prywatną placówkę i poszło całkiem dobrze.

Mam nadzieję, że poświęcony czas mojemu twórczemu dziecku będzie dobrą zabawą, a przy okazji zdobyta wiedza może się przydać...

Nie znaleziono produktów spełniających podane kryteria.

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl