Legenda Dywizjonu 303

nowa okładka wyd 2.JPG
  • nowość
Dostępność: duża ilość
Wysyłka w: 5 dni
Cena: 30,00 zł 30.00
ilość szt.
dodaj do przechowalni

Opis

Nauczycielka po sprawdzeniu obecności wstaje od biurka i podchodzi do tablicy. W czasie wycierania czarnej powierzchni jej spódniczka zaczyna falować, wzbudzając powszechne zainteresowanie uczniów, którzy nagle o dziwo skupiają się na lekcji.

— Tematem dzisiejszych zajęć są zaszyfrowane słowa używane w korespondencji radiowej RAF-u, aby nasi wrogowie nie byli w stanie jej zrozumieć. -- Mówiąc to, kończy pisać słowo Pancake. — Panowie piloci, słowo naleśnik, po angielsku pancake określa miejsce lądowanie samolotu, czyli po prostu lotnisko bazowania. Powtarzajcie za mną! No proszę bardzo! Pancake!

— Pancake! Pancake! Pancake! Pancake!

Zumbach mlaska i oblizuje się soczyście, a w tym samym czasie na tablicy pojawia się kolejne słowo. Większość młodych ludzi zamiast podziwiać piękny charakter pisma, skupia wzrok nieco niżej. Uczniowie pilnie obserwują krągłe pośladki, które pod wpływem pisania bujają, wprawiając materiał spódniczki w cykliczne falowanie. Tymczasem nauczycielka kończy pisać kolejne słowo, Angels.

— Anioły to wysokość podawana w tysiącach stóp, czyli dziesięć aniołów to dziesięć tysięcy stóp, czy to jest zrozumiałe? — Wszyscy potakują skwapliwie głowami, jakby prosili, aby nauczycielka, czym prędzej wróciła do pisania. — Powtarzajcie! No, proszę bardzo! Angels!— Angels! Angels! Angels! Angels! Angels! Angels! Angels! Angels!

Zumbach odwraca się do kolegów i kreśli rękami kształt okazałej gruszki, kończy gesty, pokazując dłońmi lądowanie w parze i jednocześnie tłumaczy z zachwytem.— Toż to prawdziwy anioł, który zstąpił z nieba na ziemię.

— I wylądował w naszej klasie — dodaje zafascynowany Łokuciewski...

— Ależ ma piękne podwozie ten boski angel! — zauważa Zumbach, oblizując się soczyście. Uczniowie wybuchają śmiechem i potakują z uznaniem.

Major Krasnodębski, słysząc to, spogląda do tyłu na podwładnych i grozi im palcem, pokazując gest ciszy. Urbanowicz macha ręką jakby odganiał natrętną muchę i spogląda w okno. Na sali roi się od szeptów. Tolo zwraca się do kolegi siedzącego obok, nachylając się do jego ucha.

— Ox, opisz tego cudownego anioła w swoim zeszycie, niech przejdzie do historii!

-- Jeszcze czego, to nie zeszyt, to kronika dywizjonu! — obrusza się Ferić.

— Po co pisać, zaraz ci narysuję, dawaj — Zumbach usiłuje wyrwać dziennik koledze, ale mu się nie udaje.

Nauczycielka odwraca się i grozi palcem Donaldowi. Dowódca dywizjonu major Krasnodębski rozdrażnia się zachowaniem podwładnych i upomina ich w sposób jak zwykle kulturalny.

— Panowie, bądźcie poważni, nie jesteście na bo-isku, tylko w klasie...

Witold Urbanowicz wstaje i zamaszystym krokiem podchodzi do kobiety, która nie bardzo wie jak zapanować nad dyscypliną młodych ludzi. Mężczyzna stuka obcasami, kłania się uprzejmie i całuje ją w rękę.

— Przepraszam za moich ludzi, trudno się skupić na nauce przy tak pięknej kobiecie.

Na twarzy nauczycielki pojawiają się wypieki. Wyrywa dłoń i upomina mężczyznę jakby miała do czynienia z niesfornym uczniem, a nie dorosłym mężczyzną.

— Panie kapitanie, proszę się opanować i natychmiast siadać do ławki, to nie jest odpowiedni czas, a tym bardziej miejsce, na tego typu zachowanie. Jesteśmy w klasie, ech, te wasze zwyczaje przywiezione ze wschodu.

Witold posłusznie wraca do ławki. Siada z miną skarconego ucznia. Nauczycielka przez chwilę taksuje go badawczym spojrzeniem, głaszcząc się bezwiednie po dłoni. Coś niewątpliwie zaczyna między nimi iskrzyć. Po chwili kobieta odwraca się do tablicy, na której pojawia się kolejny napis: Bandits.

— Bandyci, czyli po angielsku bandits, to słowo oznaczające niemieckie samoloty!

Szepty i uśmiechy na twarzach młodych ludzi zamierają, tak samo szybko jak się pojawiły. W klasie nastaje grobowa cisza. Nawet Zumbach milknie.

— Powta...

— Bandits! Bandits! Bandits! Bandits!

Nauczycielka aż zamiera, patrząc na ponure miny uczniów. Odwraca się i dopisuje kolejne słowo jakby jej się spieszyło: tally ho.

— Zwrot bierz go — Tally ho to komenda do ataku na wroga. Powtarzajcie! Tally ho!

— Tally ho! Tally ho! Tally ho! Tally ho! Tally ho! Tally ho!

Kobieta odkłada kredę, obejmuje się rękami i pociera ramiona jakby chciała się ogrzać. W oczach tych młodych ludzi, których tak niedawno wypełniała radość i młodzieńcza werwa, pojawiają się rozbłyski nienawiści. Nauczycielka jest zaskoczona tak naglą transformacją tych młodych ludzi, nie wie, że to wspomnienia z czasów, kiedy Niemcy hitlerowskie napadły na ich ojczyznę, zmieniły ich oblicza. Wyglądają jakby im w jednej chwili przybyło po parę lat.

Kapitan Urbanowicz chowa twarz w dłoniach. Wspomina początek września. 

Niemieckie bombowce nadlatują nad polskie miasto niczym obżarte, czarne ptaszyska, z krzyżami na skrzydłach. Są w stadach. Kraczą przeciągle i głucho setkami silników. Wychodzą nad cel i zrzucają śmiercionośny ładunek, wypróżniając stalowe bebechy. Setki bomb opuszcza luki i spadają jakby w nieładzie, naznaczając kolejne rejony krwawymi wybuchami. Budynki płoną i zapadają się z hukiem w tumanach pyłu i dymu, ogień dopełnia zniszczenia i kataklizmu. Syreny alarmów przeciwlotniczych wyją, jakby krzyczały tysiącami roztarganych wybuchami gardeł. Zaskoczeni ludzie uciekają w panice, szukając jakiegoś bezpiecznego schronienia, ale nie wszystkim to się udaje. Na ulicach w kałużach krwi zastygają rozerwane ciała. Ludzkie wnętrzności stygną na murach i wiszą na liniach trakcyjnych. Ranni, pozbawieni kończyn, proszą o pomoc i ratunek, ale nikt nie jest w stanie im ulżyć w cierpieniu. Umierają z upływu krwi, obsypani sadzą, która opada niczym całun, okrywając wszystko szarym płaszczem. Tylko krew po jakimś czasie prze-bija się czerwienią w formie rozlewających się plam. Spod gruzów dobiegają krzyki, nawoływania wzywających pomocy i zanikające jęki pełne cierpienia. Ugrupowanie niemieckich bombowców zatacza krąg nad zniszczonym miastem. Pozostawiają po sobie płonące i dymiące ruiny zabudowań, które muszą opuścić pozbawieni dachu nad głową ludzie. Na drodze z miasta widać coraz większą grupę uciekających cywilów z dobytkiem, a raczej z tym, co zdołali złapać w pośpiechu. Messerschmitty nurkują jeden za drugim i strzelają do bezbronnych cywilów. Ludzie rzuca-ją się do chaotycznej ucieczki. Większość z nich ginie. Trafieni pociskami z karabinów maszynowych padają jak przebici setkami ostrzy. Ofiary są w różnym wieku, ale większość to osoby starsze i kobiety z dziećmi.

Urbanowicz, który to obserwuje ze swojego samolotu, rzuca się do ataku na najbliższego wroga. Wykonuje wywrót na skrzydło i wchodzi jednemu z Me-109 na ogon, łapie go w znaczniki celownika, jeszcze chwila, niestety, cel robi się coraz mniejszy. Polski samolot jest na maksymalnych obrotach i pilot nie może już przyśpieszyć. Witold uderza ze złością w burtę kabiny, czuje się bezsilny i bezradny jak dziecko. Przez radio słychać komendę radiową kierownika lotów:

— Sto dwudziesty pierwszy wykonuj do lotniska, dla ciebie wysokość tysiąc metrów, zniżanie nad pa-sem do trzystu i w krąg do trzeciego.

— Na kursie, z naborem do tysiąca.

Dzwonek w ręce nauczycielki informuje w sposób dobitny o zakończeniu zajęć. Urbanowicz przeciera załzawione oczy, spogląda ze smutkiem na kobietę. Na jej twarzy odbija się zakłopotanie. Cóż może jej powiedzieć, jak wytłumaczyć coś, co trzeba przeżyć, doznać na własnej skórze, aby zrozumieć. I czy ona w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, co ją czeka, bo przecież bitwa o Anglię dopiero się zaczęła i nie wiadomo jak się skończy, i ile pociągnie za sobą zniszczeń, cierpienia, ofiar, a może nawet dotknie ich okupacja niemiecka. Ale nie kraczmy, nie kraczmy, to zbyt straszne... Kapitan Urbanowicz w milczeniu rusza za majorem Krasnodębskim. Jednak jeszcze przed wyjściem zatrzymuje się i odwraca do nauczycielki:

— Chętnie bym z panią zamienił parę słów, ale obowiązki służbowe wzywają, mamy jeszcze w dniu dzisiejszym trening tak zwany bikes flying.

— Trening na rowerach fruwając, chyba na samolotach latając, musi się pan bardziej przyłożyć do języka angielskiego, wzbogacić swoje słownictwo, kapitanie Urbanowicz.

— W takim razie zapisuję się do pani na zajęcia doskonalące.

— Trzymam pana za słowo.Witold macha na pożegnanie i wychodzi z klasy.

 

Trening „na rowerach fruwając”

Z trybun stadionu w Uxbridge widać jak sześciu pilotów jeździ na rowerach po boisku piłkarskim. Są ustawieni w dwóch grupach po trzech w każdej. Mają na głowach hełmofony lotnicze, a nad ich głowami sterczą niczym baty anteny radiostacji, zamontowane na bagażnikach. Do kierownic przypięto im prędkościomierze i kompasy magnetyczne.

— Zielona jedynka, dla ciebie kurs jeden cztery zero, odbiór.

— Na kursie jeden cztery zero.

 

Opinie o produkcie (4)

22 czerwca 2017

Zawarta w powieści historia o Legendarnym Dywizjonie 303 świadczy o znajomości tematu i tego, że autor korzystał z opracowań światowej sławy znawców bitwy o Anglię. A mam tu na myśli przede wszystkim Jacka Kutznera i jego książkę pt. „Dywizjon Myśliwski w bi-twie o Wielką Brytanię”, Richarda Kinga, który napisał „Dywizjon 303 walka i codzienność”, oraz relacje małżeństwa amerykańskich dziennikarzy Lyne Olson i Stanley Cloud zawarte w utworze pt. „Sprawa Honoru — Dywizjon 303 Kościuszkowski”.Po przeczytaniu powieści jestem pozytywnie zaskoczony jej ciekawą formą ujmującą tak trudny temat w sposób dramatyczny, wzruszający i co rzadkie, dowcipny. Ponadto zaskoczyła mnie duża ilość zawartych w dialogach autentycznych relacji, wypowiedzi, meldunków i telegramów, które są dostępne w opracowaniach naukowo-historycznych, oraz w słynnych dziennikach podporucznika Ferićia, kronikarza Dywizjonu 303.Książka porusza ważny temat, dotyczący bitwy o Anglię. Hitler i Göring chcieli rozgromić lotnictwo Królewskie Siły Powietrzne, aby rozpocząć ofensywę morską i lądową o kryptonimie „Lew Morski”, i mimo buńczucznych zapędów, nie byli w stanie, a przecież przewaga Luftwaffe była ogromna. Dowództwo RAF-u starało się przeciwstawić kolejnym falom nalotów niszczących infrastrukturę obronną. Wysyłali swoich lotników do walki z doświadczonymi pilotami niemieckimi, którzy walczyli w Polsce i Francji i co ważne, już wte-dy byli asami lotniczymi i bohaterami nazistowskiej III Rzeszy. Na szczęście Polskie Siły Powietrzne na uchodźstwie, mimo niepotrzebnych trudności, przy-szły z pomocą i pomogły ocalić ostatni przyczółek wolnej Europy.Zawarty w tej powieści wątek dotyczy udziału amerykańskich pilotów w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku. To kolejna biała plama naszej historii i dobrze, że została wypełniona treścią. Ponadto autor, jako pi-lot wojskowy, latał na samolotach myśliwskich i nie-wątpliwie posiada wiedzę praktyczną w dziedzinie walk powietrznych, no i zna zasady wojskowego zachowania zarówno w powietrzu, jak i na ziemi, co się da odczuć w tej interesującej i pełnej wiedzy historycznej książce. Polecam ją, to doskonałe narzędzie, które w formie przystępnej i zabawnej pogłębia wiedzę tak ważną dla naszej tożsamości narodowej ...

12 lipca 2017

Super.

12 lipca 2017

Jestem już w połowie tej książki. Czyta się ją bardzo szybko, pomimo tak trudnej tematyki. Bardzo mi się podoba ;) Z pewnością polecę każdemu.

13 lipca 2017

Cena bardzo przyzwoita, podobna do tych na rynku. Sama książka napisana w taki sposób, że nawet człowiek nie związany z lotnictwem wczuję się w nią bardzo. Wiem, na swoim przykładzie.

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl